poniedziałek, 29 listopada 2010
katastrofalne skutki grzechów społeczeństwa
przez pustą jezdnię przy placu wilsona przeprawiają się dwaj młodzieńcy. pierwszy, widać odważniejszy, lub dysponujący lepszym obuwiem, woła do kolegi: - idź po moich śladach, będzie ci łatwiej. drugi komentuje pogodę słowem nienadającym się do zacytowania przez kobietę, po czym kontynuuje wypowiedź: - a mówiłem ci, żebyś nie grzeszył, żebyś do kościoła chodził! to by może było normalnie, a tak to mamy klęskę. i jeszcze nas ruscy pewnie najadą! pierwszy brnie w śniegu po kolana, ale najwyraźniej nie docenia powagi sytuacji, bo cedzi tylko przez zęby: - tak, chyba saniami.
sobota, 11 września 2010
a gdyby tak zaszaleć estetycznie?
wsiadam do autobusu wystrojona w nowe popielate czółenka. stojący po sąsiedzku brodaty jegomość przez dłuższą chwilę wpatruje się w ich noski, ozdobione czymś na kształt róży, przygryza w namyśle wargę, po czym zagaja: - pani sobie pociągnie te róże lakierem do paznokci. niech mi pani wierzy, będzie dużo ładniej jak one będą na różowo. mówię pani. a różowy przynosi szczęście i pasuje do wielu kolorów. do granatowego, do czarnego, niebieskiego. zerknął raz jeszcze na moje stopy, zmrużył oko, pokiwał głową jakby sam siebie przekonywał o słuszności własnego pomysłu i wysiadł. a wsiadł był pod asp. jakiż inny mężczyzna, jeśli nie plastyk starej daty, wiedziałby, że lakier do paznokci skutecznie barwi skórę? nie wspominając o nader trafnej ocenie kolorystycznych niuansów. mam różowy lakier w domu. biję się z myślami.
czwartek, 22 lipca 2010
prosimy nie karmić i nie drażnić pracowników
ślęczę przed muzealnym komputerem, obgryzam ołówek, zapijam herbatą i morduję wniosek do ministerstwa. nagle dobiega mnie głos pani zosi, która, wspiąwszy się z grupką zwiedzających na strych w celu pokazania im nowej wystawy, przy okazji omawia rozkład pomieszczeń biurowych: - a tutaj siedzą pracownicy merytoryczni. o, dziś na przykład jedna pani siedzi i pracuje. chcą państwo zobaczyć? – zachęca otwierając na oścież drzwi do mojego pokoju. przestaję obgryzać, prostuję plecy i uśmiecham się przymilnie. ale oni nie mieli nawet orzeszków. o herbatnikach nie wspomnę.
niedziela, 14 marca 2010
czy mamusia umrze? – czyli o tajemnicy służbowej
pani tosia tapiruje stałą klientkę i opowiada o swojej siostrzenicy: - ta mała nic nie je. nawet jak święta są czy imieniny, to tylko prosi, żeby jej suchą bułkę dać. i nie ma co jej namawiać na sałatkę czy na wędlinę. tylko tę bułę skubie. - ale to jest ta, to w tym serialu gra? – dopytuje się klientka, widać zorientowana w układach rodzinnych pani tosi. - tak, to właśnie ta – mówi fryzjerka – ja ją czasem nawet podpuszczam, żeby powiedziała co będzie dalej. ostatnio była u mnie, to ją pytam: no i co? umrze ta twoja mamusia czy nie? ale ona tylko usta zaciska. niczego się człowiek nie dowie.
piątek, 12 lutego 2010
nieprawdopodobny fart
wizyta duszpasterska u cioć wali i hanki. - a dlaczegóż to panie za mąż nie wyszły? – docieka duszpasterz. ciocia wala odpowiada z prostotą: - no, jakoś się udało.
niedziela, 07 lutego 2010
gastronomiczno-lingwistyczne dylematy
zaliczywszy kilka wcale niezłych lokali gastronomicznych, toczymy się z bartem świętokrzyską i zastanawiamy się co począć z tym miło rozpoczętym wieczorem, czując jednocześnie, że nasze organizmy nie są w stanie przyjąć już nawet miętowego opłatka. - to może kupimy sobie kawę na wynos i pójdziemy do ogrodu saskiego? – proponuję nieśmiało. - a jak myślisz? można kupić kawę na wnos? – bart próbuje zyskać na czasie werbalizując jedną ze swoich lingwistycznych refleksji. przez chwilę przeżuwamy ten problem. - kupimy kawę w jednej kawiarni, pójdziemy z nią do drugiej i powiemy: „proszę pani, kawa na wnos” – bart wyraźnie się wciągnął i ma już przed oczami gotowy scenariusz – a pani na to: „poszli mi stąd! ja wam tu zaraz dam w-nos”.
piątek, 29 stycznia 2010
prawa własności
oglądamy z rodzicami konrada mój nowy aparat fotograficzny. wszyscy jesteśmy szalenie podnieceni. - rewelacja! – woła pan robert – my też planujemy sobie kupić, ale jeszcze się nie zdecydowaliśmy. - no, właśnie – wzdycha pani dorota. - pokażę pani ten, który teraz mamy – pan robert wybiega z pokoju. - ja nie lubię mieć wspólnego aparatu – zwierza się nagle pani dorota – kończy się tak, że tylko robert robi zdjęcia. - tak, a pani nawet nie może dotykać, ja to dobrze znam – śmieję się, by rozładować atmosferę. - nawet nie o to chodzi, że nie mogę – pani dorota postanawia niczego nie kryć – tylko ja lubię mieć swój, powiedzieć, że to moje, i że nikomu nie wolno dotykać. i koniec!
niedziela, 17 stycznia 2010
historia jest coraz dłuższa
pani tosia kończy układanie fryzury wiekowej klientki opowiadającej ze szczegółami o punktach usługowych mieszczących się w lokalu zajmowanym obecnie przez zakład fryzjerski. opowieść sięga czasów przedwojennych, więc ufryzowana klientka kończy ją stojąc już w drzwiach i zapinając błyszczące guziki wyliniałych karakułów. pani tosia uśmiecha się nerwowo, a gdy za starszą panią zamykają się drzwi, wzdycha ze złością: - jak ja nie lubię tych przedwojennych. dziesiąty raz tego wszystkiego słucham, a za każdym razem więcej jej się przypomina.
piątek, 30 października 2009
pani idzie na morderstwo
wchodzę do BUWu i oczom nie wierzę: wolna szafka. rozglądając się podejrzliwie na boki rzucam się do niej, wygrzebuję z kieszeni dwuzłotówkę (bo to była akurat szafka z tych, które działają na dwuzłotówki, o czym głosił stosowny napis na zamku) i wpycham monetę w otwór, drugą ręką nerwowo zwijając płaszcz w kłębek. niestety, szczęście nie trwało długo. zamek dwuzłotówkę łyknął chętnie, po czym odmówił dalszej współpracy. podłubałam chwilę pilnikiem do paznokci, ale w końcu wspaniałomyślnie machnęłam ręką na gotówkę i zrezygnowana powlokłam się w stronę tradycyjnej szatni. dla porządku zgłosiłam jednak awarię zamka. - niech się pani nie martwi – uspokoiła mnie korpulentna szatniarka – dam pani nóż, podłubie pani trochę i moneta wyjdzie. - myśli pani, że to coś da? – zmrużyłam oko – nie chciałabym bardziej zepsuć. - nie zepsuje pani – szatniarka nie dawała za wygraną – ja tu mam taki specjalny nóż na zapleczu. nie pani pierwszej go pożyczam. mówiąc to udała się na zaplecze i wróciła z nożem, którym bez większego wysiłku można by dokonać rozbioru tuszy wołowej. musiałam mieć dobrą minę biorąc go do ręki, bo szatniarka wybuchnęła śmiechem: - pani da ten płaszcz, to potrzymam. wygląda pani jakby pani na morderstwo szła! uśmiechając się nerwowo skierowałam się w stronę feralnej szafki. dłubanie niewiele dało, ale za to śmiechu było co niemiara – wokół szafki zebrał się spory tłumek czytelników i pracowników biblioteki, i wszyscy po kolei chcieli spróbować zabawy z nożem. po dłuższym czasie szatniarki, wyjątkowo uparte i uczynne, wydłubały tym swoim specjalnym nożem cały zamek z szafki i zaczęły nim z pasją potrząsać. posypały się na szatnianą ladę monety różnych rozmiarów, nominałów i walut. rzetelnie oddały mi dwuzłotówkę, okraszając gest słowami: - no, przynajmniej będzie pani miała na kawę z automatu! podziękowałam grzecznie i ulotniłam się z miejsca zbrodni, rezygnując mimo wszystko z kawy. lepiej nie ryzykować, bo kto wie czy do rozbijania zablokowanych automatów nie oferują tasaków. a to by się mogło skończyć zakładaniem szwów w szpitalu na solcu. i na co to komu?
środa, 05 sierpnia 2009
jak wzbudzić zazdrość i podziw
wielce spragniona stoję przed automatem z sokiem pomarańczowym. fachowo wrzucam dwuzłotówkę i oblizując nerwowo wargi patrzę na sunącą w dół butelkę... nagle wytrzeszczam oczy. przecieram je i jeszcze raz wytrzeszczam. butelka, zamiast zlecieć z wielkim hukiem do dziury na dole, tkwi zaklinowana między szybą a boczną ścianką. niewiele myśląc walę w automat, dokładnie tak samo jak policjanci z amerykańskich filmów. bezskutecznie. ponawiam walnięcie. znowu nic. amerykańskie filmy o policjantach to bajki – myślę z wściekłością. nagle jak spod ziemi wyrasta zwabiony hałasem brat bliźniak informatyka. błyskawicznie wkracza do akcji, ale i on nie ma zadatków na amerykańskiego policjanta. miotamy się przed tym automatem i żadne nie chce odpuścić. wszak nie wypada wycofać się z beznadziejnej walki z automatami, zwłaszcza przy świadkach. po dłuższej chwili, gdy ja jestem bliska łez, a brat informatyka – bliski rozebrania automatu na części pierwsze, zdesperowana walę pięścią z całej siły. słyszymy głośne chrupnięcie i, ku naszemu zdumieniu, butelka wpada prosto do mojej opuchniętej dłoni. nie wiem jak się zachować, więc na wszelki wypadek zastygam i mrugam oczami. brat informatyka zaś zerka na mnie ze szczerym uznaniem, wydaje z siebie przeciągły gwizd i szepcze gardłowo: ale ma pani cios! pozazdrościć!
|
|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
|